Kamionna - ciekawostki.

ARTYKUŁ PRASOWY Z 1900 ROKU

  

Czas z 25 sierpnia 1900 roku.

Artykuł o Kamionnej.

   "Czas" - to dziennik informacyjno - polityczny wydawany w latach 1848-1934 w Krakowie, a w latach 1935-39 w Warszawie (po połączeniu z "Dniem Polskim"). Pierwszy numer ukazał się 3 listopada 1848 roku. Pismo było naczelnym organem konserwatystów ("Stańczyków"), redagowanym w II połowie XIX wieku m.in. przez Stanisława Koźmiana i Pawła Popiela. Współpracował z nim m.in. Lucjan Siemieński, w latach 1856-1860 prowadzący dodatek literacki. Wokół pisma skupiali się przedstawiciele krakowskiej szkoły historycznej, wśród których szczególne miejsce zajmował Józef Szujski, drukujący na łamach "Czasu" szkice i eseje. 
   W sierpniu 1900 roku w "Czasie" ukazała się artykuł pt. "O letnikach i letnictwie", napisany przez Czesława Pieniążka. Pierwsza jego część została wydrukowana w numerze 212 z 25 sierpnia 1900 roku, druga w numerze 213 z 27 sierpnia 1900 r.
   Czesław Pieniążek pisze najpierw o letnikach, a potem opisuje z zachwytem widok z Kamionnej i pisze o zaletach wsi, która ma wspaniałe zalety, mogące uczynić ją letniskiem. Przytacza także legendy o jeziorku na Kamionnej oraz gródku w Bełdnie.
   Artykuł ten przesłał Pan Jerzy Ożegalski, a zwrócił mu na niego uwagę prof. dr hab.
Józef Zając - bibliotekarz Uniwersytetu w Harvardzie. Dziękujemy.

O letnikach i letniciwie.
Z Kamionny.

     Przede wszystkim błagalna prośba do strażników czystości i prawidłowości języka. Mówię o "letnikach" i "Ietnictwie". Proszę nie skazywać mnie za to na kącik, w którym stawia się "paskudziarzy", co kaleczą, lub zachwaszczają naszą mowę.
    "Letnik" pojawił się tu i ówdzie w humorystyce, a zwolna się rozpowszechniał i dziś go już potocznem wyrażeniu pospolicie używamy. Nie sądzę, by się na "letnika" pogniewali ci, co pielęgnowali słownictwo polskie, a może nawet Kremer i Skobel, ci nieubłagani pogromcy wszelkich barbaryzmów, lub obcych zwrotów i wyrażeń, przyjęliby "letnika" do poważnego słownictwa. A jeżeliby "letnik" otrzymał I indygenat językowy, toby go otrzymać powinno także "letnictwo".
Jeżeli się o te przypuszczenia moje pokłóci ze mną Zawiliński, a skarci mnie Jowisz badaczy języka, mój ukochany profesor Małecki, to poproszę, byście nagłówek pojęli tylko w humorystycznem znaczeniu.
     Czy tak, czy owak, dość na tem, że "letnik" istnieje, a skoro jest, przypatrzmy się różnym jego odmianom. Najkrzykliwszy w mieście, jest letnik małpiasty. Zaledwie śniegi stopnieją i błonia zielenieć zaczynają, letnik małpiasty zapowiada znajomym, że z powodu wyjazdu "do wód", "na świeże powietrze", a już najskromniej "na wieś", ma wiele zajęć, przygotowań, ambarasów. Żona letnika małpiastego kręci się po sklepach, gdy największy ruch w mieście, by jak najwięcej spotykać znajomych i użalać się, że "od miesiąca" już dręczy się przygotowaniem "toalet" wiejskich, letnich, bo "wkrótce" porzuci Kraków, w lecie "nie możliwy". Letnik małpiasty wielce jest podobny do niemieckiego "Sonntagsreitera" lub ""Sonntagsjegera". Nahałasiwszy przez kilka tygodni, składa ze sto wizyt pożegnalnych, zapuszcza story w mieszkania i wyjeżdża z tuzinem kufrów. Taki letnik szuka zwykle miejsc ożywionych, bliskich drogi żelaznej, aby miał sposobność pokazywać się ludziom. Zwykle spieszy na dworzec swego letniego gniazda, w porze przybywania pociągów. Poluje na przejeżdżających znajomych; szczęśliwy, gdy w oknie wozu spostrzeże kogo, komu by mógł bodaj dwa słowa powiedzieć, że bawi tu przez lato. Żona codzień w innej sukni pojawia się na dworcu, aby cale tuziny sukien sprezentować bodaj posługaczom kolejowym, bodaj nieznajomemu tłumowi, zatrzymującemu się w pociągu na stacyi. Jest to więc rodzaj letnika, uprawiającego letnictwo dla mody, dla popisu, dla próżności. Pojawia się nawet taki letnik małpiasty, który wcale nie wyjeżdża z Krakowa, bo albo czasu na to niema, albo pieniędzy. Przez cały dzień ma story zapuszczone w oknie, aby myślano, że mieszkanie opuszczone. Dopiero, gdy dobrze ciemno wieczorem, wychyla się z domu cichaczem, nieśmiało, by się przejść po ulicach bocznych, a nie być widzianym. Taki letnik bywa zwykle rodzaju żeńskiego"; samiec tego letnika ubolewa przed znajomymi, że nie otrzymał urlopu i musi być słomianym wdowcem, gdyż żonę "do wód" wyprawił.
Letnik brukowiec (letnicus coltunicus). Dopóki jest w mieście, szuka wsi; na wsi szuka miasta. Ten ściele gniazdo letnie tylko tam, gdzie może znaleźć się partyjka wista, gdzie jest bilard i gotowy do kija towarzysz, gdzie piwo, jatki, jakieś kasyno, knajpka. Oczywiście szuka letnicus coltunicus małych miasteczek. Samica jego, musi mieć "towarzystwo pań", "sarnięta", rade by znaleźć krokiet, lawntennis, dużo młodzieży, no i jaki balik, choćby przy odpustowej muzyce. Boją się, by się "nie nudzili", a nie nudzą się tylko wtedy, gdy mają naokół siebie gwar miejski. Piękność przyrody, świeże powietrze, to rzecz dla nich obojętna.
    Letnik nałogowy, zwany także taternikiem, jest wspaniałą odmianą letnika. Gnieździ się w Zakopanem, ale w gnieździe przebywa tylko w czasie nawalnych deszczów, bo zwykle ściga się z orłami po turniach i zadręcza górali ciągłemi wycieczkami. Jest to najpiękniejszy okaz letnika. Odznacza się inteligencyą, fantazyą, a przede wszystkiem siłą w nogach. Jest fanatykiem. Jak dla jednego z mych przyjaciół, poza rogatkami Krakowa, świat się kończy, a wieża maryacka jest najwyższą na kuli ziemskiej, tak dla taternika jest tylko jeden raj, jedna Mekka, jeden punkt ziemi, na którym żyć można: Zakopane.
    Letnik z konieczności (letnicus medicinalis), cichy, skromny, smutny, szuka w "letnictwie" nie zabawy, lecz zdrowia i gnieździ się tam, gdzie mu lekarz gniazdo uścielić każe. Można by go nazwać letnikiem poważnym, istotnym, bo on jeden chce i umie korzystać z letnictwa.
    Letnik wędrowny (letnicus matrimonialis) pokazuje się wszędzie, gdzie rojno i gwarno. Szczawnica, Krynica, Zakopane, Iwonicz, Rymanów, Truskawiec, pełne są co roku okazów tego letnika. Choruje nieuleczalnie na febris matrimonialis, w rodzaju żeńskim; u samców choroba nieco odmienna i zwie się febrą posagową.
    Jest jeszcze wiele odmian i rodzajów letnika, aleć trudno wyczerpać cały przedmiot, gdy się nie pisze zoologii. Może jaki drugi Nowicki, czy Petelenz, napiszą o nich książkę, a mnie tymczasem pilno do tego, by i siebie zaliczyć do letników. Należę do tych, których nazwać można letnik pospolity (letnicus vulgaris). Spracowany śród mozolnych zajęć w mieście, szuka letnik pospolity odpoczynku na wsi, pragnie ciszy, spokoju, powietrza, nieba, zapomnienia o bruka, o mieście. Takiemu letnikowi potrzeba wsi prawdziwej, swobody wiejskiej.
     Jako letnicus vulgaris, szukam zawsze tych najmilszych specyałów i znalazłem je tu w Kamionnej. Zakątek nie pospolicie miły. Góry, lasy, znakomite górskie powietrze, niezwykle urocze widoki. Z werandy mego mieszkania widok na wysoką, lesistą górę. Sięga podobno do ośmiu set metrów po nad poziom morza. W pogodny dzień, gdy niebo zupełnie jasne, nie zwykły stamtąd widok. Nie zwykły, w całem tego słowa znaczeniu. Widoki alpejskie, w saskiej Szwajcaryi, nadreńskie, z Petrzynu w Pradze, z Kahlenbergu pod Wiedniem i owe rozliczne, a tak piękne w kraju naszym, miewają jedne imponującą grozę, inne wdzięk, nadany im ręką pracowitego mieszkańca, lub zachwycają wspaniałością kultury i dziejów.
    Widok z mej góry sąsiadki, przewyższa wszelkie widoki, jakie widziałem: szerokością i rozmaitością. Są widoki piękniejsze, wymowniejsze, bardziej imponujące, ale nie widziałem tak dalekiego, tak urozmaiconego, a przede wszystkiem, tak spokojnie sielskiego. U stóp widzisz Limanowę i Tymbark i pędzące pociągi ze Suchy do Sącza. Rzeczka Łososina rozprawa dolinę i zdobi ją pięknym łukiem łożyska. Poza Limanową, w kilka planach, grzebienie lasów, a nad nimi rozpięły się na niebie koronki Tatr. Tak widzisz Tatry w dzień pogodny, że poznasz każdą płachtę śniegu, niemal każdą rozpadlinę; gdy zaś słońce zachodzi, tak cudnie toną Tatr w mrokach wieczoru, tak uroczo się kąpią w świetlanym igrzysku zachodzącego słońca, że radbyś się przykuć do wrażeń doznawanych. Zatoczyłeś okiem na prawo, a tu między południem i zachodem wielce oryginalne, bogate układy gór stożkowych, lesistych. Jest kilka szeregów tych głowic. Ile barw, ile odcieni między pierwszym, drugim, trzecim, czwartym i ostatnim piątym, tonącym w barwach horyzontu. Spojrzałeś ku zachodowi. Oko sparło się na wieżach bielańskiego klasztoru, na kopcu Kościuszki, na mariackich wieżach i ratuszowej. Widać je doskonale, widać wyraźnie i widać daleko poza Kraków, w stronę Kielc, Radomia. Ku północy doliny nadwiślańskie, jakby bezbrzeżne. Wężowym szlakiem mknie po nich Raba. Ku wschodowi Okocim, góra św. marcina,Tarnów, a bliżej: Wiśnicz, Lipnica, wężowy gościniec z Rzegociny do Słomiany.
    Patrzysz i żal ci oderwać oczu. Widok bardzo szeroki, urozmaicony, a spokojny. Ani tu grozy wulkanów, ani dekoracji alpejskiej, ani wodospadów, ani niebotycznych pionów skał - a jednak w ciągu kilku tygodni spotykałem tu ludzi, przybywających o mil kilka, by na górze Kamionnej pokłonić się Bogu, że tak piękny świat stworzył i napawać się czarem widoku.
    Leśniczy dworski jest tu ciceronem, a jak każdy cicero i on chętnie się rozgada o "gródku", o "jeziorze", o skale diabelskiej.
    W miejscu zwanem "na gródku," było zamczysko. Są jeszcze małe ślady starej kamiennej budowli, ale pokryte ziemią, zarosłe trawą. Wyrosła też na niech legenda. Oto pasała krowy młoda kobieta, z dzieckiem u piersi, a pasała je na gródku, bo tam rosły takie trawy i takie zioła, że z nich krowy miały mleko słodziutkie, a gęste, a tłuste. Raz się kobiecie pokazał czarny byczek, z czerwonym pyskiem. Wmieszał się między krowy i pasł się spokojnie, a gdy zadzwoniono w Rzegocinie z kościelnej wieży na "Anioł Pański," byczek zaryczał i znikł w gęstwinie lasu.
    Spodobał się kobiecinie bardzo i rada była, gdy się znowu pokazał po raz drugi i pokazywał dość często. Chciała się dowiedzieć, gdzie on się chowa, więc razu jednego przywiązała mu do nogi białą nitkę z kłębuszka i gdy byczek ociekał w gęstwinę, rozwijała kłębek, a za byczkiem biegła. Byczek zatrzymał się, ziemia się rozwarła, byczek skoczył w rozpadlinę, a kobieta za nim. Nagle zawarty się nad nią sklepienia i zobaczyła ogromną salę, oświetloną od złota i drogich kamieni. Za wielkim stołem siedział starzec, ubrany bogato w jedwabne stroje i złote łańcuchy. Gdy zoczył kobiecinę, rzekł: "Bierz skarby, ale pamiętaj, byś za nie śmierci nie kupiła." Kobieta kładzie dziecko na wspaniałych dywanach i zabiera stosy dukatów i pereł i drogich kamieni. Już pełną miała zapaskę i więcej udźwignąć nie mogła. Byczek znowu się zjawił na sali i z oną nitką u nogi. Kobieta miała kłębek za pazuchą, rozwijać go nie mogła, Więc ją nitka pociągnęła i kobieciną musiała iść za byczkiem. Idzie i wnet znalazła się na ziemi. Tu sobie przypomniała, że dziecko zostało na dywanie. Chce wracać, ale ani śladu byczka, ani owego wejścia. Zostały jej skarby w zapasce, ale dziecka nie było. Płakała i modliła się o zmiłowanie Boże, ale ukojenia i spokoju nie zaznała. Poszła do Rzegociny, do księdza proboszcza po radę. Ksiądz kazał jej się wyspowiadać, owe skarby rozdawać biednym na odpustach, a w rok po stracie dziecka paść bydło na gródku. Pasie jak dawniej, aż znowu zjawia się byczek i ona mu znowu wiąże nitkę do nogi i znowu za nim pędzi i znowu ziemia się rozwarła i kobieta w onej sali stanęła. Patrzy na dywan, a tu dziecko zdrowiutkie, czerwone, wyrosłe. Chwyta, je uradowana, tuli do piersi. Na widok złota nie mogła się powstrzymać, zaczęła znowu sypać w zapaskę dukaty Zjawił się byczek i ona znowu za byczkiem na świat wychodzi, ale zaledwie na ziemi stanęła, las zaszumiał, wicher ją spowinął, dziecko zapłakało i zwaliło się zimne. Umarło! Trupa niosła do chaty, a złoto wiatr porwał ze zapaski. I skarbów nie miała i dziecko straciła.
   Jest w lesie, na szczycie góry, topielisko trawiaste, rozległe, jak spory staw. Wody prawie nie widać z pod zielonych płacht różnorodnego porostu. Zowią to jeziorem. Był przed wiekami bogaty, ale srogi pan w Kamionnej, znęcał się nad ludem. Chłop nie uszedł jego batoga, dziewka nie uszła shańbienia. Płakał Iud na swą niedolę i płakał i z płaczem tym swoim uciekał w las na górę. Z łez matek opłakujących shańbienie córek, z łez ojców płaczących nad niedolą synów, do dwora zabranych, powstało jezioro.
    Umarł srogi pan. Wyprawiono mu pogrzeb wspaniały, pochowano na cmentarzu w Rzegocinie, ale ziemia trupa wyrzuciła, przyjąć go nie chciała. Usiłowano w Trzcianie pogrzebać, ale i tam się nie chciała ziemia posypać na trumnę. Wieziono zwłoki do Rybia, do Łososiny, do Tarnawy, do Królówki, nawet do Lipnicy, ale wszystko na darmo. Synowi owego pana pojawił się we śnie św. Szymon z Lipnicy i rzecze: "Wyciskał łzy łodziom twój ojciec, a z łez tych powstało jezioro, więc niech jego zwłoki w tem jeziorze zatoną". Pochowano złego pana w onem jeziorze i od onego czasu zaczęło porastać zielem, kwieciem i trawami.
    Dziękowałem przewodnikowi za legendy. - Nie ma za co panie; ja wiem jeno tyle, ale jest tu stary Wilk, to onby ze sto gadek opowiedział. A wszystkie panie prawdziwe. Bo to i o zbójach i o złych panach i o świątobliwych paniach, co za winy mężów pokutowały i o wojnach i o Szwedach. Niechno rozpuści gębę, to jest co słuchać. Ale on panie, jeno w zimie, przy ognisku, gdy mu się cni bez roboty, do gawędy zasiada, a teraz toby słowa z niego nie wyciągnął.
    Nie daleko, za dworem, na wysokim wzgórzu, wznosi się mogiła, a na niej kolumna kamienna, dwunasto metrowa, z Panem Jezusem na szczycie. W tem miejscu, według podania, stoczono bitwę ze Szwedami, za Jana Kazimierza. Gdy Szwedzi od Sącza, w stronę Krakowa ciągnęli, rycerstwo polskie szło tędy, szukając Szwedów, aż tu pędzą rajtary szwedzkie, uciekając przed chmarą ludu wieśniaczego, który ich ścigał. Rycerstwo wzięło rajtarów na kopie i szable i w puch rozbiło.
   Że podanie to ma podkład historyczny, okazuje się z tego, iż często gęsto dobywa pług z ziemi to starą ostrogę, to strzemię, to piszczel ludzki, Iub żebro końskie; raz woda rozpruła zagony i wypłukała głęboką rozpadlinę w ziemi; w rozpadlinie coś błyszczało. Zaczęto kopać i wykopano stary rapir szwedzki.
   Urok Kamionny w tem największy, że jest w pobliżu dwora ze dwadzieścia miejsc, z których śliczne roztaczają się widoki, a z każdego miejsca inny. Ile razy się znajdę na jednem z tych miejsc, zbiera mnie ochota zbudować tu sobie domek i żyć tu błogo, w ciszy i spokoju, zdala od świata i ludzi, a bliżej Boga. Na stare lata rozkochałem się na zabój... w Kamionnej. Zdaje mi się, że każdy letnik pospolity w moim rodzaju, również by się w niej zakochał, a gdyby tu zajrzał, Kamionna miałaby tuziny kochanków.
    Właściciel Kamionny zbudował w środku pięcio morgowego sadu ładny, dobrze uplanowany dworek osobny dla siebie, oddzielony od dworu żywopłotem i ogrodem. Chciał tu gościć kogoś z rodziny, ale krewniak nie zjechał, dworek stał pustką, więc namówiono szlachcica, by na lato najmował dworek letnikom. Ba! Mocium panie! Szlachcic i "najmować," urządzać przedsiębiorstwo! Zaprosić, ugościć, spoić - to chętnie. Nareszcie dal się namówić, wynajął. Gdy brał pieniądze, zaczerwienił się po uszy.
    - Ttu, do stu djabłów, pierwszy raz biorę pieniądze, jak hotelarz, za użyczenie gościowi dachu nad głową. Oj panie Józefie! Żebyś wiedział, iż dobrodziejstwo wyświadczasz letnikowi, biorąc od niego pieniądze. Letnik pospolity czuje się tu szczęśliwym. Żyję w mym domku, jak pustelnik. Sam z rodziną wśród pięcio morgowego sadu. Z werandy patrzę na górę, w czary widoków i legendy bogatą. Zachodzące słońce rozpala na oknach chat takie blaski, że ci się zdaje, jakby tam czerwone pożary pod strzechami płonęły. To księżyc tak cudnie igra z iglicami lasów, tak spowija srebrną przędzą łany i pastwiska, żeś człeku szczęśliw, iż ci nikt nie przeszkadza tulić się do tych czarów, że ciszy wieczora nie mąci gwar rojowiska ludzkiego. Zachwycam się Zakopanem, kocham Giewont, ale w tej ciszy błogiej, uroczej, jaką mnie raczy Kamionna, czuję się tu najszczęśliwszym.
    Przyjemności, zachwytów, rozrywki doznasz w Zakopanem w całej pełni, ale chyba każdy sie zgodzi, że ciszy, spokoju i odpoczynku doznać tam nie można. - Zwracam uwagę na Kamionnę, aby który z naszych lekarzy higienistów, czy balneologów zajrzał tu kiedy. Mojem zdaniem byłaby to idealna stacya klimatyczna zwłaszcza dla tych, którym stargane nerwy połatać trzeba. Może by się dało nakłonić właściciela aby pobudował domki, na kształt mojego, a to daleko jeden od drugiego, aby nikt nie byli krępowany. Uroczych miejsc, pod takie domki się nadających, a odległych o jakie tysiąc, dwa tysiące kroków jeden od drogiego, jest tu ze dwadzieścia.
    Gościńce krajowe i drogi powiatowe wyborne. Trzy godziny jazdy do Bochni, dwie do Wiśnicza, półtorej do Limanowy lub Łapanowa. - Do stacyi w Tymbarku godzina jazdy. Okolica ożywiona. Chcesz się bawić, to znajdziesz towarzystwo uprzejme a wesołe, a serdeczne w Kamionnej we dworze i u sąsiadów. Kościół, przy nim miły, serdeczny proboszcz i poczta w Trzcianie koło Bochni, o pięć kilometrów.
    Pro publico bono piszę ten raport z Kamionny, aby zwrócić na nią uwagę letników mojego rodzaju i lekarzy. Siedzib dla letnika małpiastego co nie miara zwłaszcza wzdłuż pasów kolejowych. Letnik brukowiec ma również rozliczne legowiska. Letnik wędrowny ma zdrojowisk i uzdrowisk w kraju co niemiara; taternik nie porzucim Zakopanego, ale dla letnika pospolitego mało, bardzo mało zakątków. Nikt się o niego nie troszczy. Oby w Kamionnej miał taką stolicę, jak taternik w Zakopanem.

      Kamionna, 21 sierpnia 1900                                                                                                     Czesław Pieniążek

Powrót