TEKSTY ŹRÓDŁOWE

Józef Admaczyk   "WSPOMNIENIA Z DZIAŁALNOŚCI W ARMII KRAJOWEJ W OKOLICACH TRZCIANY KOŁO BOCHNI"

Cz. X - ostatnia

10. Przyszła wolność

      Koniec mojej działalności konspiracyjnej w AK to dzień 20.01.1945 r. Na ten dzień była zarządzona zbiórka Terenówki w celu ochrony ważniejszych obiektów wiejskich przed zniszczeniem ze strony okupanta. Do nas żołnierzy dotarł rozkaz Naczelnego Wodza o zaprzestaniu działalności konspiracyjnej w AK z dniem 19.01.1945 r. W dniu wycofywania się Wehrmachtu otrzymałem polecenie obserwacji mostu na Stadomce w Libichowej /przysiółek Trzciany/. Most ten był ważnym obiektem na drodze Limanowa-Wieliczka. Ukryty w krzakach obserwowałem most. Ostatnie kolumny uciekających Niemców przejechały przez niego spokojnie i nic nie wskazywało na to, aby Niemcy mieli zamiar go zniszczyć. Wróciłem więc z punktu obserwacyjnego. Była to godzina 19-ta dnia 20.01.1945 r.
     W drodze spotkałem pierwszy patrol żołnierzy radzieckich, ubranych na biało. Poinformowałem ich, że most na Stradomce jest nie zniszczony. Do zbiórki Terenówki nie doszło, a cała Gmina Trzciana została w tym dniu wyzwolona z pod okupacji niemieckiej. Data wkroczenia wojsk radzieckich do Trzciany 20.01.1945 r. 4 Fr. U. - 38 A. powodzili: gen armii Iwan Pietrow, 38A - gen. płk. Kiriłł Moskalenko.

     Najbliższym moim planem w Polsce już wyzwolonej, było ukończenie dwóch klas licealnych, zdanie matury i dostanie się na studia medyczne. Wierzyłem, że będą to inne czasy, w których droga na wyższe studia dla chłopskiego syna będzie możliwa. Podczas okupacji brałem udział w pracach mogących stanowić przygotowanie do studiów medycznych np. przy sekcjach zwłok, szczepieniach prowadzonych przez dr Janika. Opanowałem dobrze wykonywanie zastrzyków domięśniowych i podskórnych. W tym czasie w Bochni przygotowywano otwarcie gimnazjum. Cieszyłem się, że będę mógł kontynuować naukę, którą rozpocząłem przed wojną. a tzw. małą maturę zdałem w czasie okupacji. Nie było wtedy jeszcze żadnego połączenia komunikacyjnego z Bochnią, musiałem więc z Trzciany do Bochni iść pieszo, około 18 km.
      Nie miałem w Bochni gdzie mieszkać, dlatego wspólnie z kolegami A. Wilowskim i S. Kotarą wyszukaliśmy sobie niezamieszkały dom i postanowiliśmy zaadoptować go na nasze mieszkanie. Szybko jednak zrezygnowaliśmy z tego domu, mimo że otrzymaliśmy na niego przydział, ponieważ zbyt często odwiedzali nas żołnierze radzieccy. Ponadto domek ów był położony przy głównej trasie Tarnów - Kraków, nie było wiec warunków do nauki. W tej sytuacji każdy z nas poszuka ją sobie mieszkania na własną rękę. Ja zamieszkałem u Mozdrzenia w Dołuszycach koło Bochni. Nauka w gimnazjum rozpoczęła się w marcu 1945 r. Zostałem przyjęty do pierwszej klasy licealnej. Warunki materialne były bardzo trudne. Moja matka nie miała za dużo żywności, ponieważ zrujnowały ją kontyngenty niemieckie. Ojciec mój umarł w lipcu 1944 r. Jeszcze gorzej było z ubiorem. Nie miałem żadnych podręczników, pożyczałem je od koleżanek i kolegów. Dla nas młodych, zahartowanych w bojach partyzanckich nie było trudności, których nie dałoby się przezwyciężyć, dawałem sobie więc jakoś radę. Sytuacja poprawiła się nieco, kiedy otwarto bursę gimnazjalną. Opiekunem bursy był znany mi dobrze ks. prof. Czaplicki, u którego zdawałem podczas okupacji historię kościoła z zakresu IV kl. gimnazjalnej. W bursie otrzymywałem całodzienne wyżywienie, a atmosfera była tu doskonała, dlatego wszyscy uczyliśmy się bardzo pilnie. Większość nauczycieli stanowili profesorowie sprzed wojny, lub z czasów okupacji. Gimnazjum w Bochni słynęło z wysokiego poziomu nauczania, dlatego też wymagania były bardzo duże. Mój plan wydawał się być realny - matura a potem medycyna, marzenia skończyły się jednak bardzo szybko.

      W wolnej Polsce jak grom z jasnego nieba spadło na mnie aresztowanie przez NKWD i UB. W czasie lekcji matematyki prowadzonej przez prof. Maciejewską, uczeń wysłany przez dyr. P. Galasa uprzedził mnie, że natychmiast muszę uciekać, gdyż funkcjonariusze UB przyszli do gimnazjum, aby mnie aresztować. Zdążyłem uciec tylko do ubikacji, ponieważ dowiedziałem się zbyt późno. Stamtąd jednak wyciągnęli mnie funkcjonariusze UB. Czułem się niewinny. Wiedziałem tylko tyle, że NKWD i UB są postrachem dla tych, którzy walczyli przeciw Niemcom w szeregach AK, ale dlaczego, tego jeszcze wtedy nie wiedziałem. W towarzystwie trzech uzbrojonych funkcjonariuszy NKWD i UB, z których jeden mówił bardzo słabo po polsku i przekręcał moje nazwisko, jak wielki przestępca, zostałem doprowadzony do gmachu przy ul. Krakowskiej w Bochni.
     Po moim aresztowaniu w gimnazjum w Bochni zrobił się wielki popłoch wśród uczniów. Było to piwerwsze aresztowanie w Bochni, a może i w całym powiecie bocheńskim, zaraz po wyzwoleniu. Wielu moich kolegów zrezygnowało z dalszej nauki w gimnazjum i poszło z powrotem do oddziałów partyzanckich, dołączając do tych, którzy nie złożyli jeszcze broni.
    Kto więc zawinił, że już w wolnej Polsce tworzyły się oddziały leśne, walczące przeciw władzy ludowej ? Dziś po przeszło 45 latach zastanawiam się co zawiniłem ? Dlaczego mnie aresztowano ? Walczyłem z wrogiem, którym byli Niemcy. W duchu miłości do Ojczyzny wychował mnie ojciec, który był działaczem ludowym. Polityka była dla mnie wtedy obca. Liczyło się wtedy tylko jedno - walka o wolność ojczyzny i nienawiść do wroga. Pierwszy dzień aresztowania, a był to marzec 1945 roku, spędziłem na korytarzu gmachu UB. Zainteresowano się mną dopiero w późnych godzinach popołudniowych. Przesłuchania wtedy było krótkie, pytano czy należałem do AK, kto był moim dowódcą i co robiliśmy. Jeden z moich opiekunów funkcjonariusz UB zgłosił oficerowi, że próbowałem uciekać w czasie aresztowania i że dyr. P. Galas uprzedził mnie o mającym nastąpić aresztowaniu. Powiedział także, że w dniu aresztowania w dzienniku lekcyjnym miałem wpisaną nieobecność na lekcjach.
     Oficer UB odpowiedział na to, że zabierze się do dyrektora Galasa i do tej nauczycielki. Po tym przesłuchaniu wtrącono mnie do wilgotnej i zimnej piwnicy, w której znajdowały się połamane krzesła i inne stare rupiecie. Było również ciemno, ponieważ jedyne okienko znajdujące się na wysokości 1,5 metra służyło do wrzucania do piwnicy węgla i ziemniaków. W chwili aresztowania ubrany byłem w marynarkę od pocztowego munduru, bez płaszcza i bez ciepłej bielizny. Do wieczora nikt się mną nie interesował. Dopiero późnym wieczorem piwnicę otworzył funkcjonariusz UB /dobry człowiek/, przyniósł mi jedzenie i ostrzegał, aby się nie przyznawał, że należałem do AK.
       Nie widziałem jego twarzy, ponieważ było ciemno, a on też nie chciał, abym go, widział. Funkcjonariuszy UB, którzy byli dobrymi ludźmi i chcieli mi pomóc będę nazywał "dobrymi" w przeciwieństwie do "złych" tj. tych którzy mnie bili, a była ich większość). Następnie dwaj "dobrzy funkcjonariusze" UB przeprowadzili mnie do więzienia w magistracie. (W gmachu UB nie było więzienia z prawdziwego zdarzenia, tylko nieuporządkowane piwnice). Po drodze z gmachu UB do magistratu moi konwojenci poinformowali mnie o tym, co mam mówić w śledztwie oraz zaproponowali spotkanie ze znaną mi osobą z Bochni. Zaufałem im i podałem nazwisko i adres mojej koleżanki Broni Brzuchańskiej. W magistrackim więzieniu w Bochni siedziałem razem z kałmukami i przypadkowo aresztowanymi ludźmi. Warunki więzienne były nieco lepsze niż w piwnicach gmachu UB. Łóżko stanowiła podłoga, nieco pochylona, było za to umiarkowanie ciepło. Służba więzienna była dla mnie przychylna, nie kazano mi sprzątać celi, ani wynosić kubła z odchodami. Tu można było także się umyć. Nie mogłem jednak pogodzić się z faktem, że siedzę w jednej celi z tymi, z którymi walczyliśmy, kałmucy byli na usługach niemieckich. Rano konwojowano mnie do gmachu UB. Jakież było moje zdziwienie, gdy za rogiem w Bochni czekała na mnie Bronia z kocem i żywnością. "Dobrzy funkcjonariusze" UB pozostawili mi swobodę rozmowy z Bronią. Przekazałem jej to co mogło interesować kolegów i opowiedziałem o warunkach w jakich byłem przetrzymywany. Żywność zabrałem z przyjemnością, nie zabrałem koca, aby nie wydało się moje spotkanie z Bronią "Jeszcze kilka razy konwojowano mnie na noc do magistratu z gmachu UB. Pewnego dnia o mnie zapomniano i konwojenci nie przyszli. Siedziałem wtedy w świeżo otynkowanej piwnicy o betonowej posadzce. Było tam bardzo zimno i mokro, ponieważ z nieszczelnego przewodu wodociągowego kapała woda. Byłem bardzo głodny, ponieważ zapasy od Broni dawno się skończyły. Chcąc przywołać służbę więzienną uderzałem pięściami w drzwi. Na skutek tego zawleczka założona ze strony zewnętrznej wypadła i drzwi otworzyły się. Byłem wolny a w całej piwnicy byłem sam jeden. W gmachu UB było cicho i ciemno. Mogło być około godziny dwudziestej trzeciej. Postanowiłem uciekać. Idąc w zupełnej ciemności znalazłem się na podwórzu gmachu. Kierowałem się na tylną bramę. Niestety kiedy przekraczałem bramę obudził się wartownik, który zasnął w czasie służby, a którego ja nie widziałem. Chwycił mnie, gdy byłem już na bramie i doprowadził z powrotem do piwnicy. Zostałem pobity. Próbowano umieścić mnie w piwnicy, w której kiedyś znajdowały się kadzie na kapustę, a teraz zapełnione częściowo brudną wodą. Ociągałem się z wejściem do kadzi, zanurzyłem jedynie nogi. Z pomocą przyszedł mi wtedy "dobry funkcjonariusz" UB, który nie pozwolił umieścić mnie w kadzi tłumacząc, że woda przeleje się na korytarz. Skończyło się więc na zanurzeniu nóg do kolan. Z przemoczonymi nogami, bez siennika, przeżyłem noc. Skończyła się ciepła cela w magistracie. Pożywienie otrzymywałem rzadko, tylko wtedy gdy ktoś sobie o mnie przypomniał. Dostawałem wtedy trochę wodnistej zupy i kawałek sucharka. Nie spotkałem już moich "dobrych funkcjonariuszy" UB. Po nocy przespanej na stojąco otrzymałem siennik. Poprzednio był to siennik napełniony słomą, a teraz był to worek napełniony sieczką. Zwinąłem go tak ,że stał się też częściowym okryciem. Głód i zimno dokuczały mi bardzo, a do tego byłem jedynie sam w całej piwnicy. Po dwóch tygodniach piwnice zaczęły zapełniać się więźniami przeważnie z AK, tak że wkrótce w mojej celi (piwnicy) znajdowało się 10 osób. W celi tej były dwa żelazne piętrowe łóżka, na których leżały płachty napełnione sypką sieczką. Dostaliśmy również żelazny/ piec, niestety nieczynny. Była tam również piwnica bez okna, w której było dużo wody. Przesiedziałem w niej, a właściwie przestałem w niej jedną dobę. Po zapełnieniu się więzienia rano dostawaliśmy pół litra płynu zwanego kawą oraz najczęściej dwa spleśniałe sucharki, z zapasów pozostawionych przez okupanta. Gdy podawano chleb, to zbieraliśmy nawet najmniejsze okruszyny z kosza. Na obiad dostawaliśmy pół litra zupy ziemniaczanej tylko z nazwy, ponieważ pływał w niej gdzieniegdzie kawałek ziemniaka oraz trochę kapusty, trochę - jakiejś nieokreślonej trawy, a czasem także brukiew. Kolacja była podobna do śniadania, tylko w mniejszej ilości. Fatalny głód jest to uczucie, którego nie zrozumie nikt, kto go nie doznał. Jest przecież przysłowie "Syty głodnemu nie uwierzy". Najgorzej było palaczom papierosów. Sprzedawali oni służbie więziennej za papierosy wszystko co mieli, a co nadawało się do sprzedaży, nawet buty.
      Do ubikacji prowadzona, nas z piwnicy na parter gmachu UB rano i późnym wieczorem. Staraliśmy się przedłużyć pobyt w ubikacji, by pierwsi powracający mogli zabrać buraki z dużej piwnicy. Buraki te jedliśmy w celi na surowo. Umycie się w ubikacji było niemożliwe. Miał szczęście ten, któremu udało się zwilżyć przynajmniej usta, gdyż służba więzienna goniła nas z powrotem do celi. Najgorsze było to, że mieliśmy potworne ilości wszy. Zwykle rano robiliśmy na nie polowanie. Z takiego polowania każdy zaliczył kilkadziesiąt dużych sztuk tych insektów. Niektórzy byli tak zrezygnowani, że nie chciało im się ich zabijać. Nakazywał to jednak robić jeden z naszych więziennych kolegów inż. leśnik, ojciec dowódcy jednego z oddziałów partyzanckich. Koledzy chorowali, a o leczeniu nie było nawet mowy. Ja też chorowałem na zapalenie zatok. Prosiłem o przeniesienie do szpitala, na co otrzymałem odpowiedź "wyniesiemy cię w koszu, a do szpitala nie pójdziesz". W drugiej połowie kwietnia 1945 r. ilość więźniów jeszcze wzrosła. W tym czasie razem z kolegami aresztowano moją sąsiadkę z Trzciany, która przekazała mi smutną wiadomość o śmierci mojej matki. Po otrzymaniu tej wiadomości załamałem się i stałem się obojętny na wszystko. W tym czasie odbywały się często przesłuchania, zwykle późnym wieczorem lub w nocy. Po długiej przerwie wezwano i mnie na przesłuchanie. Tym razem nie stawiano normalnych pytań tj. o wiek, działalność, ani nie stawiano zarzutów. Rzucano tylko pod moim adresem obelżywe słowa w rodzaju "ty bandyto z AK". Przesłuchanie kończyło się biciem. Nie mogę zapomnieć jednego z przesłuchań, kiedy to na I piętrze, po obrzuceniu mnie obelżywymi słowami funkcjonariusz UB nałożył skarpetki na ręce, ponieważ mocno krwawiłem, silnymi ciosami uderzał mnie w twarz, a głowa moja odbijała się od jednej do drugiej ściany, ponieważ znajdowałem się w rogu pokoju oficera śledczego. Ślady pobicia i utrata zdrowia pozostały do dziś. Z mocnej ręki słynął Eugeniusz Data z Dziewina, który się mną "opiekował", a działami kierowali por. Stefan i por. Witold (posługiwali się jedynie imionami). Dowodził komendant UB por. Jarzyna. Postrachem więźniów był także Powroźnik. Po jednym z takich nocnych przesłuchań wrócił do celi mój współtowarzysz Józef Styczeń z Dziewina pobity i bardzo zdenerwowany. Okazało się, że w czasie przesłuchania został pobity przez swojego krewnego-funkcjonariusza UB i obrzucony obelżywymi słowami: "ty bandyto namawiałeś mnie do wstąpienia do AK". Styczeń powiedział nam, że musiał panować nad sobą żeby mu nie oddać. Moja siostra starała się przekazać dla mnie paczki żywnościowe, ale na próżno. Starano się także o wypuszczenie mnie na pogrzeb matki, ale na próżno. W Urzędzie Bezpieczeństwa odpowiadano, że nikt o takim nazwisku nie został zatrzymany. Nikt z zewnątrz o nas nie wiedział, gdyż nikt nie wychodził z więzienia. Ludność mieszkająca w okolicznych domach słyszała jedynie krzyki więźniów podczas nocnego bicia.
      Udało nam się jednak przesłać gryps z więzienia. Dwie dziewczynki zostały doprowadzone do sąsiedniej celi po godzinie policyjnej, która obowiązywała w tym czasie. One to wychodząc z więzienia zabrały od nas gryps. Informacja ta dostała się do rąk działacza SL dr Kiernika z Bochni. Nadszedł piękny miesiąc maj, a ja ciągle siedziałem w więzieniu bez nadziei wyjścia na wolność i bez elementarnych warunków higienicznych. W celi codziennie odmawialiśmy litanię loretańską i śpiewaliśmy pieśni maryjne. Niektórzy wartownicy UB pełniący wartę przy wejściu do gmachu zabraniali nam śpiewania tych pieśni, a gdy to nie pomogło straszyli nas strzelaniem do okna celi. Z okna naszej celi widać było ulicę oraz różnych ludzi wchodzących do gmachu UB. W czasie naszego śpiewania litanii i pieśni do NMP wyczuwaliśmy, że ruch na ulicy jest trochę większy. Oczywiście, gdy służbę pełnili tolerancyjni wartownicy UB. Raz udało się nam otrzymać dobry obiad. Wzmocniony Urząd Bezpieczeństwa przez żołnierzy z poza Bochni odmówił korzystania z obiadu złej jakości. Obiad ten przekazano nam. Cela moja została wyróżniona i otrzymała dodatkowo niedogotowaną głowę cielęcą. Po tej uczcie wszyscy więźniowie dostali biegunki, także w celach panował wielki smród, a dostanie się w nocy do ubikacji było niemożliwe. Niewiele więc było pożytku ze zjedzenia tłustej zupy, ponieważ żołądki nasze były zagłodzone. Spanie w nocy było zawsze nerwowe, gdyż każdy spodziewał się przesłuchania, które zawsze kończyło się biciem. Dziewiątego maja do naszej celi doszły odgłosy strzelaniny. Położyliśmy się na podłodze różnie myśląc. Jedni mówili, że to nadchodzą Niemcy, inni, że to oddziały leśne napadły na gmach UB. Odważniejsi z nas wyjrzeli przez okno i zobaczyli wesołe twarze funkcjonariuszy UB. Strzelanie to odbywało się na znak radości z powodu zakończenia wojny. Tak zastał nas koniec wojny. W naszej sytuacji nic się jednak nie zmieniło. Pod koniec maja na wiecu PSL w Bochni dr Władysław Kiernik, działacz PSL powiedział "żądamy wyjaśnienia od władz UB ,za co niewinni ludzie siedzą w więzieniach". Był to może rezultat wysłanego grypsu, o czym pisałem wyżej. Od tego czasu odczuliśmy pewną zmianę. Otrzymałem paczkę żywnościową od siostry i od znajomych z Bochni. Później zwolniono większość więźniów również i mnie. Z trudnością poruszałem się po ulicy. Wyróżniałem się swoim wyglądem. Fryzjer w Bochni ostrzygł ranie bez żądania zapłaty. Ostrzegłem go, że mam dużo wszy. Zrozumiał skąd wracam i powiedział mi o przemówieniu dr W. Kiernika w Bochni. Dopiero w domu rodzinnym odczułem brak matki. Byłem zupełnie załamany.
     Nie wiedziałem, co z sobą zrobić. Pomocy udzielił mi Władysław Kita, który zaprosił mnie na Śląsk. Tutaj przyszedłem do zdrowia i nabrałem sił. We wrześniu 1945 r. rozpocząłem naukę w Śląskich Technicznych Zakładach Naukowych w Katowicach. Marzenia moje - matura i medycyna, były jednak nadal nierealne, ponieważ nie miałem spokoju ze strony władz UB, nie zgłaszałem się bowiem raz w tygodniu do UB, jak mi nakazano po wyjściu z więzienia.
      W 1946 r. aresztowano gospodarza, u którego mieszkałem tj. Józefa Słąbę zamieszkałego przy ul. Zarębskiego 6 w Katowicach. Powodem był fakt przyjęcia mnie na mieszkanie. Wyżej wymienionego zwolniono, gdy oświadczył, że zatrzymuję u niego tylko na noc, podczas przejazdu na Dolny Śląsk. Nakazano mu natychmiast zgłosić na UB, kiedy tylko się pojawię. Nie wiedząc co z sobą zrobić zamieszkałem w bursie Śl.T.Z.N. w Katowicach bez przydziału pokoju. Ułatwili mi to koledzy szkolni, gdyż byłem im potrzebny, ponieważ pomagałem im w nauce.
    Tego, co pozostało po więzieniu i po śmierci matki nie można było zapomnieć, a czas nie leczył moich ran. w tym czasie nadążyła mi się okazja ucieczki za granicę. Jednak nie zgłosiłem się na umówione miejsce w Katowicach, skąd przygotowanym samochodem, z fałszywymi' dokumentami, razem z innymi miałem jechać do strefy okupacyjnej francuskiej. Nie było to jednak łatwe. Walczyłem z sobą zastanawiając się co mam robić. Wiedziałem, że jestem Polakiem i że tu jest moje miejsce. Ojciec uczył mnie v miłości do Ojczyzny. Nie będę zdrajcą Ojczyzny, bo przecież wszystko, co robiłem walcząc z okupantem, robiłem z poczuciem Obowiązku Polaka. Straciłem serdecznego kolegę, którego zawiodłem nie przychodząc na umówione spotkanie. Kolega ten mieszka obecnie w Londynie. Zabroniono mi wstępu do Trzciany jako bandycie, spod znaku AK, zresztą pobyt w Trzcianie był niebezpieczny. Tymczasem funkcjonariusze UB znowu znaleźli moje miejsce w Sl.T.Z..N. w Katowicach. W czerwcu 1946 r.zgłosili się do kierownika Wych. Mech. inż. Rożnowskiego z zamiarem aresztowania. Był to koniec roku szkolnego, a ja wcześniej poszedłem na praktykę zawodową do Elektrowni Łaziska, więc mnie nie znaleźli. Dopiero we wrześniu dowiedziałem się o poszukiwaniu mnie przez UB w Śl.T.Z.N. Znów musiałem zmienić miejsce zamieszkania. Z pomocą przyszedł mi kolega szkolny Marian Nędza, u którego zamieszkałem w Maczkach. W tym czasie popełniłem przestępstwo - do szkoły w Katowicach dojeżdżałem z Maczek na fałszywy bilet, ponieważ nie miałem i pieniędzy na zakup, biletu, a pragnienie wiedzy było większe niż wszystkie inne. Stypendium w tym czasie nie otrzymywałem. O mojej sytuacji zwierzyłem się koledze, z którym mieszkałem. Kolega ten w czasie okupacji mieszkał w Zagłębiu Dąbrowskim i tam należał do konspiracji. Wiadomość o mojej sytuacji przekazał on E. Neyowi prof. jęz. polskiego w Śl.T.Z.N. również działaczowi konspiracyjnemu. Prof. Ney był przyjacielem gen. Zawadzkiego - ówczesnego Wojewody Śląsko-Dąbrowskiego. Gen. Zawadzki był również i opiekunem szkoły Śl.T..Z..N. do której uczęszczałem. Po tej interwencji m.in. w mojej sprawie, gen. Zawadzki powiedział, że żadnych aresztowań w Śl.T.Z.N. więcej już nie będzie. W ten sposób moja kartoteka z Bochni, przekazana do Katowic została odłożona do archiwum. Moja gehenna w ten sposób została zakończona. Ale całkowicie swojej wolności nie byłem pewien. Teraz inne życie wstąpiło we mnie. Przypomniałem sobie moje marzenia - matura i medycyna. Aby przyspieszyć zdanie matury, będąc uczniem Śl.T.Z.N. uczęszczałem równocześnie do liceum przy ul. Mickiewicza w Katowicach. Trudności w nauce nie miałem. Z powodu warunków materialnych musiałem jednak zrezygnować z nauki w liceum. Nie mogłem zrezygnować z udzielania korepetycji, które obok stypendium zapewniały mi utrzymanie. W 1948 r. ukończyłem naukę w Śl.T.Z.N. z dyplomem technika-mechanika. Później ukończyłem Politechnikę Śląską w Gliwicach na Wydziale dla Pracujących. Obecnie, będąc na emeryturze nie zrezygnowałem z pracy zawodowej. Pracuję również społecznie.

      A oto jedno z przesłuchań w czasie śledztwa prowadzonego przez komendanta UB por. Jarzynę z udziałem funkcjonariusza NKWD i śledczych UB.
     Pytanie śledczego por. Stefana: Czy znasz Józefa Wieciecha ? Moja odpowiedź: Tak znam. Przerwano śledztwo. Dopiero późnym wieczorem wznowiono w obecności prawie całej władzy UB w Bochni, pisarza, funkcjonariusza NKWD itp. Wznowił pytanie komendant UB w Bochni por. Jarzyna. Ponownie odpowiedziałem, że znam Józefa Wieciecha. Dalsze pytania komendanta UB: Gdzie mieszka, co robił w czasie okupacji, jaki stopień wojskowy itp. Moja odpowiedź: Mieszka w Łąkcie Górnej, prowadził podczas okupacji sklep kolonialny, nie wiem czy należał do AK, a nie posiada wyższego wykształcenia. Kupowałem u niego w czasie okupacji oranżadę. Były dalsze pytania, ale z właściwym Wieciechem "Borutą" "Tomarow" nic się nie zgadzało. Władzom UB chodziło o dowódcę batalionu AK Wieciecha, a ja im opowiadałem o sklepikarzu Wieciechu Łąkty Górnej. Nie znałem wtenczas nazwiska "Boruty", ani nie wiedziałem, że kapral Józef Wieciech należy do AK, zresztą o kaprala Wieciecha mnie nie pytano. Coś im się nie zgadzało, bo było dwóch Wieciechów. Bardzo się zdenerwowali, gdyż byli pewni, że się dużo dowiedzą o dowódcy batalionu i padły takie słowa: Ty z nas robisz głupich itp. Za tym szło bicie. Straciłem przytomność i więcej nie pamiętam, co się ze mną działo. Dopiero oprzytomniałem w celi. Byłem cały mokry. Było to jedno z kilku przesłuchań.

     Robiłem czasem w życiu błędy, ale nigdy nie zrezygnowałem z walki o wolność i sprawiedliwość. Nie mogłem pogodzić się z sytuacją w jakiej należało żyć. Aby żyć wybrałem najmniejsze zło. W roku 1946 (może1947) harcerska młodzież katowicka obchodziła uroczystość z okazji dnia 3 Maja. Na rynku katowickim obok zburzonych domów w miejscu późniejszej tablicy ku czci poległych harcerzy zebrała się młodzież. Ktoś z. tłumu krzyknął: idziemy do Parku Kościuszki tam sobie pośpiewamy. Ulica Kościuszki zapełniła się maszerującą młodzieżą. W samym Parku Kościuszki rozpoczął się uroczysty capstrzyk. Nie było tutaj żadnego organizatora tej uroczystości. Naraz zauważyłem, że bocznice ul. Kościuszki są blokowane przez samochody UB i milicji. Korzystając z nieuwagi Milicji przemknąłem się między wozem milicyjnym, a budynkiem i znalazłem się poza terenem obławy. Nie mogłem ryzykować pozostania w parku gdyż moja "nieczysta" kartoteka znajdowała się w UB w Katowicach, a tym bardziej, że z Trzciany mojej rodzinnej miejscowości dochodziły ranie niewesołe wiadomości. Na drugi dzień liczyliśmy nieobecnych kolegów w szkole. Na interwencję gen. Zawadzkiego - ówczesnego opiekuna Śl.T.Z.N. w Katowicach po pewnym czasie koledzy znowu znaleźli się w szkole. A może ziarno rzucone wówczas przez młodzież katowicką w Parku Kościuszki wydało plony w 1981 r. na kop. "Wujek ?
      Drugi przykład to przyjazd Mikołajczyka do Katowic na uroczystość poświęcenia Sztandaru Ludowców w Kościele Mariackim. Od wczesnych godzin rannych zbierali się ludzie, w tym dużo młodzieży na ul. 27stycznia pod budynkiem szkolnym Śl.T.Z.N. W celu niedopuszczenia do manifestacji ludowców władze komunistyczne PRL wysłały samochody ciężarowe z pustymi beczkami blaszanymi. Samochody te jeździły tam i z powrotem ul. 27stycznia. W ten sposób starały się one nie dopuścić do zbierania się tłumu. Zdziwiłem się, co tu robią samochody ciężarowe z beczkami. Przecież jest niedziela dzień wolny od pracy. Zabroniono nam wychodzenia z bursy znajdującej się naprzeciwko Śl.T.Z.N. zamykając bramy wejściowe. Mimo tego znalazłem się razem z manifestującym tłumem. W oknie czy balkonie szkoły pojawił się Mikołajczyk podtrzymywany przez Łabędzkiego - dyrektora Śl.T. Z. N. , pozdrowił tłum i krótko przemówił, następnie w auli odbyło się spotkanie i aktywu ludowców z Mikołajczykiem.
     Czasem robię sobie bilans mojego dotychczasowego życia. Nie zmarnowałem czasu okupacji, zachowałem się zawsze jak obrońca Ojczyzny, uchroniłem wielu ludzi przed aresztowaniem, pomagałem zawsze tym ,którzy pomocy potrzebowali. Przyszła wolność, rok1945. Nie takiej wolności oczekiwaliśmy, nie o taką wolność walczyliśmy. Akowcami zapełniły się więzienia NKWD i UB. Nazwano nas bandytami z pod znaku AK albo zaplutymi karłami reakcji. Na prawdziwą wolność czekaliśmy dosyć długo. Nie przyszła ona sama, trzeba było o nią długo walczyć. Tytuł tego rozdziału powinna brzmieć "Wywalczona prawdziwa wolność".
       Kilka słów o uroczystości AK w kościele parafialnym pod wezwaniem Św. Małgorzaty w Trzcianie. Dnia 6.09.1992 r.odbyła się uroczysta Msza Św. w intencji byłych żołnierzy AK placówki Trzciana ps. "Karaś". Mszę Św. odprawił i homilię wygłosił ks. prob. Jemioła z parafii rzymsko-katolickiej w Trzcianie. Po raz pierwszy w wolnej Polsce, w Trzcianie odbyła się taka uroczystość. Nie wszyscy doczekali się uczestnictwa w tej podniosłej uroczystości, ponieważ większość kombatantów nie żyje, a ci co brali udział, niekiedy ze łzami w oczach, rozmyślali, że Opatrzność Boska sprawiła, że możemy się modlić za nieżyjących i żyjących żołnierzy AK. Była to wielka uroczystość. Związek Kombatantów z Żegociny zaszczycił swoją obecnością ze Sztandarem Związkowym, uczestniczył chór kościelny, co sprawiało nastrój wielkiego święta. Ks. Proboszcz Jemioło w swojej homilii podkreślił cierpienia i walkę Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich. Odczytano również intencje modlitewne podczas ofiarowania przez młodzież i kombatantów. Przytoczę jedną "módlmy się za żołnierzy Armii Krajowej torturowanych i prześladowanych, zebranych w tym kościele, oraz wszystkich żyjących i nieżyjących oraz ich rodziny".
      Postanowiono, że następna uroczystość odbędzie się 3 maja w kościele parafialnym, w Żegocinie. Ta jednak się nie odbyła.

=====================

Józef Adamczyk został aresztowany przez NKWD i UB dnia 15.03.1945 r. w gimnazjum w Bochni. Przygotowany przez NKWD do wyjazdu do ZSRR z grupą Krakowską. Do działalności w AK się nie przyznał. Przekazany przez NKWD do UB w Bochni dnia 18.04.1945 r. Również się nie zgadza data zwolnienia podana przez Prokuraturę Kraków. Patrz zeznania świadków.
Oświadczenie Józefa Adamczyka

=================
Prokuratura Wojewódzka
Kraków
II.Ko 124/93

Kraków, dnia 15 listopada 1993 rok

Zaświadczenie

     Na podstawie znajdującego się w dokumentacji archiwalnej Urzędu Ochrony Państwa - Delegatury w Krakowie zapisu, zaświadcza się, że pan Józef Adamczyk, syn Michała i Marii, urodzony 4 lutego 1923 roku został w dniu 18.IV.1945 r. z przyczyn politycznych - jako członek AK - zatrzymany przez Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Bochni, a następnie dnia 4 czerwca 1945 roku został zwolniony.
      Zaznaczyć należy, iż znajdujące się w archiwum Urzędu Ochrony Państwa - Delegatury w Krakowie materiały archiwalne byłego Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Bochni są fragmentaryczne i niekompletne. W związku z tym nie można wykluczyć, że pan Józef Adamczyk mógł być pozbawiony wolności przez dłuższy okres niż podany wyżej.
       Zaświadczenie to wydaje się na prośbę zainteresowanego.

p.o. Naczelnik Wydziału Postępowania Sądowego
Krystyna Maślanka
RM/ID

===============
TYGODNIK POWSZECHNY
KATOLICKIE PISMO SPOŁECZNO-KULTURALNE
W K R A K O W I E

     W związku z Waszym pismem z dnia 14.02.1991 r. podaję, że wyrażam zgodę na udostępnienie mojego tekstu Archiwum Wschodniemu. Moje wspomnienia pt. "PRZYSZŁA WOLNOŚĆ" zostały przesłane do Was na konkurs organizowany przez Społeczny Instytut Wydawniczy "ZNAK " w styczniu 1989 r.

Z poważaniem

===================
ZWIĄZEK BOJOWNIKÓW O WOLNOŚĆ l DEMOKRACJĘ
STOWARZYSZENIE WYŻSZEJ UŻYTECZNOŚCI
ZARZĄD WOJEWÓDZKI w KRAKOWIE
30-047 KRAKÓW, ul. FRYDERYKA SZOPENA 18

Kraków, październik 1987 r. L.dz. 3650

Ob. Józef Adamczyk

     Zarząd Wojewódzki Związku Bojowników o Wolność i Demokrację - Komisja Historyczna - w Krakowie oraz Jury Konkursu wyrażają Obywatelowi podziękowanie za uczestnictwo w Kon-kursie na wspomnienia o tematyce "Kraków i Ziemia Krakowska w walce z okupantem niemieckim w latach 1939-1945", ogłoszonym i przeprowadzonym pracz Komisję Historyczną ZW ZBOWiD w Krakowie.
     Relacje i wspomnienia Obywatela zostały włączone do Archiwum tut. Komisji Historycznej. Doceniamy ich wartość jako materiału, który uzupełnia i pogłębia źródła wiedzy o okresie zmagań i walk naszego Narodu z najeźdzcą i okupantem niemieckim w latach II wojny światowej.
     Jednocześnie gorąco prosimy Obywatela o kontynuowanie prac w zkresie gromadzenia i opisywania faktów i zdarzeń z okresu II wojny światowej, zachęcając do tego usilnie, a także uprzejmie prosimy o utrzymanie kontaktów z Komisja. Historyczną ZBOWiD w Krakowie.
     

Przewodniczący KomisjiHistorycznej ZW ZBOWiD w Krakowie mgr Józef Rokosz
Przewodniczący Jury Konkursu doc. dr hab. Andrzej Pankiewicz,
Prezes ZW ZBOWiD w Krakowie inż. Piotr Gajek

===========================
Józef ŚLIWIŃSKI
Jaworzno dnia 12.07. 1989 r.

OŚWIADCZENIE

       Oświadczam, że Józef Adamczyk - syn Michała i Marii z domu Banaś, urodzony 4.02.1923 r. w Trzcianie k.Bochni w dniu 15.03.1945 r.zostal aresztowany w Gimnazium w Bochni przez Urząd Bezpieczeństwa Bochnia w związku z przynależnością do Z.W.Z.-A.K.
      Przebywając w piwnicach UB, gdyż byłem równocześnie aresztowany, spotkałem się z Józefem Adamczykiem w czasie wypuszczenia nas do ubikacji. Pokazywał mi ślady pobicia Go w czasie śledztwa, bez wyroku sądowego nie przyznając się do przynależności do AK. Zostal zwolniony dnia 10.08.1945 r.
Wiarygodność danych stwierdzam własnoręcznym podpisem.

Koniec   

<<< trzciana.pl

wstecz

<<< początek