W połowie listopada 1914 r. akcje monarchii Habsburgów stały tak nisko, jak nigdy dotąd. Wielka ofensywa w pełni już zmobilizowanej armii rosyjskiej, zwana w ówczesnej alianckiej propagandzie "rosyjskim walcem parowym", zepchnęła Austriaków na zachodnie krańce Galicji. 13 dywizji rosyjskich 9 Armii gen. Leczyckiego parło na północ od Krakowa w stronę Śląska, grożąc oddzieleniem frontu austriackiego od sprzymierzonej armii niemieckiej i wtargnięciem przez Bramę Morawską do Czech. Na południe od Wisły 3 Armia gen. Radko-Dmitriewa, Bułgara w służbie rosyjskiej, przed miesiącem niedoszłego zdobywcy Przemyśla, zajęła Tarnów i czołowymi oddziałami zbliżała się do umocnień twierdzy krakowskiej. W Karpatach Wschodnich Rosjanie bliscy byli wyjścia na Równinę Węgierską, co dla ich przeciwnika oznaczałoby zapewne cios śmiertelny. Pułki kozackie przez przełęcze Łupkowską i Dukielską przenikały na południe od głównego grzbietu gór, przejściowo zajmując Humienne, Stropków i Bardiów. Na całym froncie galicyjskim ponad milionowi żołnierzy cara Mikołaja II przeciwstawiało się zaledwie około 650 tys. poddanych Franciszka Józefa. Mimo pewnych sukcesów odnoszonych równocześnie przez niemieckich sprzymierzeńców pod Łodzią i Włocławkiem, wydawało się, że losy państwa austro-węgierskiego są przesądzone.
     W tej dramatycznej sytuacji naczelne dowództwo austro-węgierskie, które 9 listopada przeniosło swą siedzibę z Nowego Sącza do Cieszyna, ogołociło niemal zupełnie front pomiędzy Wisłą a Karpatami i uzyskując lokalną przewagę liczebną, rozpoczęło kontrnatarcie na północnych przedpolach Krakowa. W ciężkich walkach, trwających od 16 do 25 listopada, zaatakowana ze skrzydła 9 Armia rosyjska nie została, co prawda rozbita, ale powstrzymano jej ruch na zachód. Groźba utraty śląskiego okręgu przemysłowego była na razie oddalona. Tymczasem jednak inne jednostki rosyjskie zepchnęły pozostawiony pod Bochnią słaby, dwudywizyjny zaledwie korpus gen. Lubiczicza. Do końca listopada ich czołowe oddziały osiągnęły linię Wieliczka - Dobczyce.
      Był to już najdalszy zasięg inwazji rosyjskiej w Galicji Zachodniej. Także siły Rosjan i odporność psychiczna ich bitnego żołnierza nie były niewyczerpane. Jak zwykle pod koniec długotrwałej i rozległej terenowo ofensywy, na korzyść obrońców zaczęło działać skrócenie własnych i wydłużenie nieprzyjacielskich linii zaopatrzeniowych oraz zmęczenie nacierających wojsk. Śmiertelne zagrożenie centralnych ośrodków kraju wzmogło siły zdemoralizowanych długotrwałymi odwrotami Austriaków.

    W pierwszych dniach grudnia 1914 r., z myślą o likwidacji zagrożenia Krakowa, dowództwo austro-węgierskie zorganizowało uderzenie z rejonu Mszany Dolnej i Dobrej na Łapanów - Bochnię, skierowane w lukę pomiędzy nacierającą wzdłuż Wisły na zachód rosyjską 3 Armią Radko-Dmitriewa a próbującą sforsować Kar-paty na południe od Gorlic i Nowego Sącza 8 Armią gen. Brusiłowa, jednego z najwybitniejszych dowódców rosyjskich tej wojny. Dzięki dogodnym połączeniom komunikacyjnym sprawnie przetransportowano koleją na południe cztery dywizje uwolnione po zakończeniu bitwy pod Krakowem. Nawet wówczas jednak przeznaczona do tej operacji 4 Armia austro-węgierska była tak słaba, że musiano ją wesprzeć przerzuconą z frontu zachodniego 47 pruską dywizją piechoty. Z mogiłami żołnierzy jej czterech pułków (nr 217, 218, 219 i 220) zetkniemy się na wielu cmentarzach w rejonie Łąkty, Rajbrotu i Żegociny. Pomocnicze uderzenie z celem osłony prawego skrzydła nacierających dywizji miała wykonać z Dobrej na Lima-nową polska grupa legionowa pod dowództwem brygadiera Józefa Piłsudskiego. Tak zaczęła się operacja łapanowsko-limanowska.
      Atak sprzymierzonych pod dowództwem gen. Rotha wyruszył 2 grudnia. Po początkowych szybkich postępach terenowych już następnego dnia nacierające oddziały uwikłały się w ciężkie i przewlekłe walki wokół Góry św. Jana oraz na południe od Łapanowa i Rajbrotu. Obie strony wytężały wszystkie siły, nie zważając na straty w ludziach, gdyż od wyniku tej bitwy mógł zależeć los całego frontu galicyjskiego, a w dalszej perspektywie - los wojny. Utworzoną tu przez Rosjan linię obronną udało się przełamać dopiero 7 grudnia. Oddziały rosyjskie cofnęły się jednak tylko o kilka kilometrów, za Stradomkę i Potok Trzciański.
W tym samym czasie nieco dalej na południowy wschód trwały starcia o znacznie mniejszej skali, lecz ważne dla polskiej historii wojskowości, gdyż prowadzone przez 1 pułk piechoty Legionów Polskich współdziałający z węgierską 11 dywizją kawalerii honwedu. "Z jednej i drugiej strony w tej górzystej okolicy występowała do boju kawaleria, dumnie jeszcze szukająca szarży i mająca w pogardzie kopanie się jak kret w ziemi - wspomina Piłsudski w pracy "Moje pierwsze boje". - Za to było dużo przestrzeni i ruchu. Nie zastygaliśmy na długo w jednym miejscu, codziennie była zmiana sytuacji, zmuszająca myśleć, odgadywać przeciwnika. (...) Tańczyłem swego kontredansa koło Limanowej. To zbliżaliśmy się do niej, to znowu odchodziliśmy. To byliśmy przekonani, że właściwie przed nami są tylko nieliczne grupy kawalerii, to znowu drżeliśmy przed przemocą nieprzyjacielską. (...) Wreszcie przełamało się. Pewnej nocy, dowiedziawszy się, że Rosjan w Stopnicy mało, przeszedłem Chyżówki, wyrzuciłem trochę kozaków ze wsi i posłałem na tyły Tymbarku, zajętego jeszcze przez Rosjan, jeden batalion z karabinami maszynowymi. I nazajutrz byliśmy już w Limanowej. Było to 4 grudnia."
     Po tym sukcesie Piłsudski, pomimo swego osłonowego w istocie zadania, poszedł ze swoją nieliczną grupą (dwa słabe bataliony piechoty, dwa szwadrony kawalerii, dwie baterie przestarzałych armat polowych) śmiało do przodu przez Pisarzową i Marcinkowice, nie napotykając prawie oporu i mając już na widoku odbicie Nowego Sącza. Inne oddziały austro-węgierskie pozostały kilkanaście kilometrów z tyłu. Późnym wieczorem 5 grudnia Polacy osiągnęli Dunajec, zza którego dobiegał turkot licznych wozów. Uznając, że są to rosyjskie tabory ewakuujące się z Nowego Sącza, nazajutrz o świcie Piłsudski rzucił do ataku swoją kawalerię. Niestety, rzekome tabory okazały się VIII korpusem rosyjskim, rozwijającym się właśnie do natarcia. Wielokrotnie słabsze oddziały polskie po ciężkich walkach pod Marcinkowicami z trudem wydostały się z pułapki, tracąc 92 żołnierzy.
     Ów VIII korpus, wchodzący w skład 8 Armii Brusiłowa, wobec alarmującej sytuacji pod Łapanowem został dopiero co pospiesznie wycofany z przełęczy karpackich i zwrócony frontem na zachód. Jego uderzenie, wykonane 6 grudnia znad Dunajca w kierunku Limanowej, zagroziło tyłom grupy gen. Rotha i zapoczątkowało kryzys bitwy. Następnego dnia rozgorzały walki w dolinie Łososiny, którą posuwała się 14 rosyjska dywizja piechoty, tworząca prawe skrzydło natarcia. Zagroziła ona odcięciem austriackiej 6 dywizji kawalerii, która zaawanturowała się dość daleko w stronę Brzeska, a następnie zadała jej porażkę pod Jaworzną. Rosjanie zajęli także kluczowe wzgórze Kobyła, górujące nad doliną od północy. Atakująca na prawym skrzydle grupy Rotha 47 dywizja pruska musiała zrezygnować z posuwania się na Wiśnicz i przejść do obrony na linii Leszczyna - Rajbrot, zwracając część sił frontem na wschód. Na południowym odcinku austriacka kawaleria i legioniści z trudem utrzymywali rejon Limanowej, wypierani z wolna przez rosyjską 15 dywizję piechoty. 10 dywizja kawalerii rosyjskiej gen. Kellera posuwała się w górę Dunajca.
      Doszło do oryginalnej sytuacji: na lewym skrzydle austriackim, w rejonie Gdowa, Łapanowa i Sobolowa, wciąż trwało powolne, ale w miarę pomyślne natarcie w kierunku Bochni, do którego przyłączyły się od strony Wieliczki oddziały gen. Lubiczicza, natomiast na prawym skrzydle, w Beskidzie Wyspowym, słabe oddziały spieszonej kawalerii stawiały rozpaczliwy opór prącym na zachód Rosjanom. Każde z tych dwóch przeciwstawnych natarć w wypadku powodzenia stawiało przeciwnika w rozpaczliwej sytuacji. Dla strony austriackiej sprawą życia i śmierci stało się więc utrzymanie Limanowej. Obie armie pospiesznie ściągały posiłki.
     Krytycznym dniem bitwy był 10 grudnia. Na północnym odcinku frontu Rosjanie wprowadzili do walki dwa świeże korpusy przerzucone zza Wisły i osiągnęli przewagę. Kluczowym punktem okazało się wzgórze 364 m w Gierczycach-Czyżyczce koło Sobolowa, zwane Łysą Kopą. Szturmująca je austriacka 3 dywizja piechoty wykrwawiła się w bezskutecznych atakach. Pod koniec dnia dywizje grupy Rotha zostały zepchnięte za Stradomkę, lecz wyczerpani walką Rosjanie nie byli w stanie rozwinąć powodzenia i ich kontruderzenie zamarło. W dolinie Łososiny natomiast nie powiodło się przeciwnatarcie dwóch świeżych dywizji landwery gen. Arza. Oddziały rosyjskie ponownie zdobyły wzgórze Kobyła i rejon Rajbrotu. 11 grudnia miał miejsce ostatni, dramatyczny epizod bitwy o Limanową. Przed świtem tego dnia oddziały rosyjskie zaatakowały miasto doliną Łososiny, a także górami od południowego wschodu, przez wzgórze Jabłoniec. W nocnej walce wręcz wzgórze odbili i utrzymali aż do nadejścia posiłków spieszeni kawalerzyści węgierscy z 9 pułku huzarów pod dowództwem płk. Muhra, który zwycięstwo przypłacił życiem. Warto dodać, że huzarzy byli szkoleni głównie do walki kawaleryjskiej, nie mieli pojęcia o okopywaniu się, nie posiadali w wyposażeniu bagnetów ani łopatek saperskich, więc musieli sobie radzić kolbami karabinów, a nawet gołymi pięściami. Starcie to nie miało może decydującego znaczenia, gdyż wiele wskazuje na to, że Rosjanie podjęli już w tym czasie decyzję odwrotu, zaś atak miał ułatwić oderwanie się od przeciwnika, tym niemniej w tradycji austriackiej, a zwłaszcza węgierskiej, szturm Jabłońca stał się punktem kulminacyjnym bitwy, symbolem bohaterstwa i poświęcenia żołnierza węgierskiego.
      Nic dziwnego, że na zroszonym krwią wzgórzu wybudowano jeden z najokazalszych architektonicznie cmentarzy wojskowych Zachodniej Galicji. Tak pisał na gorąco o tej walce Ferenc Molnar, wybitny pisarz węgierski, polskiemu czytelnikowi znany głównie jako autor słynnej powieści młodzieżowej "Chłopcy z Placu Broni", a w 1914 r. korespondent wojenny: "Ci chłopcy węgierscy w noc ciemną jak smoła dostali rozkaz: zostawić konie we wsi, dotrzeć do okopu cią-gnącego się przez strome wzgórza aż na grzbiet i zluzować walczących tam żołnierzy. Huzarzy, ze swymi oficerami na czele, posuwając się na czworakach ostrożnie zbliżali się do okopu. Przeciwnik miał na tym wzgórzu przewagę i nim huzarzy dotarli do okopu, Moskale już go zdobyli i pośród tej czarnej nocy czekały na naszych chłopców wrogie karabiny maszynowe. Gdy rozległa się rosyjska strzelanina, oficerowie od razu zrozumieli sytuację i poprowadzili huzarów do ataku. Węgierskie młokosy z kolbami karabinów poszli na armię rosyjską wyposażoną w bagnety i karabiny maszynowe. (...) Chodząc wśród poległych Rosjan widziałem bardzo niewiele ran od kul. Rosjanie, którzy tu zginęli na wzgórzu, padli od potwornych uderzeń kolb. Pewien porucznik huzarów rzucił się na nich z łopatą o długiej rękojeści, wciąż idąc na czele, jak zresztą wszyscy oficerowie. Na samym przedzie pułkownik Muhr... Jego prowizoryczna tablica pamiątkowa, w miejscu, gdzie zginął, pokryta jest gałązkami świątecznych choinek..."
      W walkach tych nie brały już udziału bataliony Legionów. Jeszcze 8 grudnia skierowano je przez Zalesie do doliny Kamienicy, dla osłony prawego skrzydła austriackiego, zagrożonego przez rosyjską kawalerię posuwającą się w górę Dunajca. Gdy rozpoczął się odwrót rosyjski, legioniści pomaszerowali przez Łącko i Podegrodzie do Nowego Sącza, który Rosjanie opuścili 12 grudnia.
      O wyniku zmagań zadecydowały wydarzenia rozgrywające się na południe i wschód od Nowego Sącza. W dniu 7 grudnia biernie dotąd zachowujące się oddziały broniącej linii Karpat 3 armii austriackiej gen. Boroewicza, ponaglane przez naczelne dowództwo, ruszyły na północ. Główny wysiłek skoncentrowano w dolinach Popradu i Kamienicy Nawojowskiej, dokąd ściągnięto koleją m.in. jednostki broniące dotąd przełęczy bieszczadzkich. Natarcie posuwało się powoli i dopiero 11 grudnia dotarło na przedpola Nowego Sącza, ale mimo to stwarzało poważne zagrożenie dla tyłów wojsk rosyjskich walczących pod Limanową. Wydaje się jednak, że większe wrażenie na dowództwie rosyjskim zrobiło przekroczenie przez oddziały przeciwnika przełęczy w środkowym Beskidzie Niskim, w kierunku Żmigrodu i Dukli. Sukces Austriaków na tym odcinku mógłby bowiem doprowadzić do katastrofy wysuniętych pod Kraków armii rosyjskich. Choć - jak wykazały późniejsze wydarzenia-Austriacy nie mieli pod Duklą dość sił, by poważnie zagrozić przeciwnikowi, od rana 12 grudnia 3 i 8 armie rosyjskie rozpoczęły generalny odwrót na linię Dunajca.
       Wygrana przez Austriaków bitwa limanowska miała doniosłe znaczenie strategiczne. Wycofanie się armii Radko-Dimitriewa pociągnęło za sobą odwrót Rosjan na północnym brzegu Wisły i wstrząsnęło całym frontem rosyjskim w Królestwie, aż po Bzurę. Miała także wielkie znaczenie psychologiczne, jako pierwsze od trzech miesięcy zdecydowane zwycięstwo Austro-Węgier, tym cenniejsze, że odniesione w trudnych warunkach górskich, przy marnej, jesienno-zimowej pogodzie i w obliczu przewagi liczebnej przeciwnika. Wojska państw cen-tralnych odzyskały w Galicji ok. 50 km terenu, według oficjalnych danych wzięto do niewoli 30 tys. jeńców. Zrównoważyło to w jakimś stopniu wiadomości o druzgocącej klęsce, jaką w tym samym czasie poniosły armie austriackie w Serbii.
        Impet rosyjskiego "walca parowego" został ostatecznie wyhamowany, aczkolwiek trzeba było jeszcze kilkumiesięcznych, niezwykle krwawych walk zimowych na linii Karpat i wielkiego zwycięstwa gorlickiego, odniesionego przy poważnym udziale niemieckiego sojusznika w maju 1915 r., by obce wojska ostatecznie opuściły zachodnią, a później i wschodnią Galicję.

Podstawowe źródła:
Frodyma R., Galicyjskie cmentarze wojenne, T III. Pruszków 1998.
Dąbrowski J., Wielka wojna 1914-1918. Warszawa 1937.
Garduła K., Ogórek L., Śladami I wojny światowej między Rabą i Dunajcem. Kraków 1988

wstecz